środa, 18 października 2017

Motylem byłem....

... ale już nie jestem ;). Za to zdjęcie, które zrobił mi mój mąż, przypomniało mi dawne czasy.
Jednak to nie ja, a moja nowa bluzka ma być bohaterką tego posta.
Pozazdrościłam wnuczce i sobie też uszyłam bluzkę metodą aplikacji odwróconej. Całkowicie ręcznie.
Będą następne ciuchy tak szyte, bo ten sposób bardzo mi przypadł do gustu. Trochę później. Teraz czas na inny projekt.



Chcecie nauczyć się takiego szycia?

piątek, 6 października 2017

Nowa sukienka i nowe szkolenie z aplikacji odwróconej

Chodziło to za mną i chodziło... odczepić się nie chciało. Kilka lat.
Może uspokoiłoby się, gdybym nie poznała Tatiany. Przyszła kiedyś do mnie na kurs i tak od słowa do słowa, okazało się, że za nią też chodzi! Ale Tatiana miała lepiej, ona wiedziała jak!
Każda z nas ucieszyła się bardzo, że wreszcie trafiła na tę drugą osobę, która zna i jest zafascynowana techniką aplikacji odwróconej stosowanej przez amerykańską firmę Alabama Chanin.

Bawiłyśmy się tym jak małe dziewczynki lalkami. Spotykałyśmy się na wiele godzin, próbowałyśmy jak to zrobić?
Jakie wzory?
Jakie farby?
Długą igłą, czy krótką?
Mulina, kordonek, a może grube nici do szycia maszynowego?
Jaka tkanina najlepsza?
Nożyczki proste czy zaokrąglone?

Nie mogłam się doczekać naszych spotkań, oglądania próbek, wertowania książek Alabamy Chanin specjalnie sprowadzonych z Anglii.
Od początku wiedziałyśmy, że jeżeli nasze "studia" skończą się sukcesem, to przygotujemy szkolenie na ten temat.

Uszyłam mnóstwo próbek. Jedne dobre, inne nadają się do śmietnika. Efektem tych wszystkich działań, jest sukienka, którą ręcznie uszyłam dla mojej wnuczki.






To już "wyrób gotowy", ale powstawał powoli.
Zaczęło się od wakacji, które spędzałam z wnuczką i wnukiem w puszczy. Z daleka od maszyny do szycia. Oczywiście miałam swój "travel projekt" w postaci tkaniny bawełnianej i białych nici. W domu znalazły się kolorowe stare podkoszulki i tak powstały 3 próbki.




Wielkość i wzór mniej więcej podobny. Parę lat "siedziałam" w badaniach rynku, więc przeprowadziłam sondaż na grupie niereprezentatywnej, a nawet tendencyjnej, złożonej z wnuczki (zainteresowanej, bo to miała być kiecka dla niej), jej brata i mnie. Temat badania: która próbka jest najładniejsza?
3 x "tak" padło na tę z lewej strony. Kolorki fajne, ale nie za bardzo.

Potem upłynęło trochę czasu. Chciałam, żeby wzór był jakiś taki nasz... Ale nic mi nie przychodziło do głowy. Wiedziałam, że Tatiana pracuje jak mrówka, a ja nic...

Znowu była potrzebna jakaś iskierka. Okazała się nią rudowłosa Marzena z Kaszub, która przyjechała do mnie na dwudniowe szkolenie z aplikacji. Marzena przywiozła ze sobą wzór haftu kaszubskiego, według którego wykonywałyśmy ćwiczenia z aplikacji.








Marzena wyjechała, a mnie olśniło. Oczywiście! Tędy droga.
Na wszelki wypadek pobuszowałam jeszcze po mojej ulubionej książce Marianny Oklejak "Cuda, wianki" i tak wyposażona ruszyłam do projektowania wzoru.

Myślałam, że to łatwe. Nie, nie... Może jak ma się talent, albo zna się zasady? A ja do tej pory projektowałam oczyszczalnie ścieków, wodociągi i takie tam różne inne, ale nigdy żadnego wzoru na tkaninę. A dodatkowo z tego wzoru miał jeszcze powstać specyficzny szablon. Wzdychałam, drapałam się w głowę, piłam kolejną kawę, rysowałam, ścierałam gumką.
Oj nie było łatwo, ale po wielu godzinach powstał mój pierwszy wzór.
Ciekawe, czy ktoś poza mną widzi w nim motywy kaszubskie?


Potem wzór przeniosłam na tkaninę. Jak? To będzie mój mały sekret. Eksperymenty z tym związane zajęły nam wiele godzin. Opowiem o nich na szkoleniu.

Teraz przyszedł czas na szycie. Wszystko ręcznie. Wyszywanie wzoru, zszywanie szwów, lamówki. Od A do Z.


Bardzo lubię takie szycie. Nieśpieszne, z rozmyślaniami, z jakąś zaszywaną magią. Tych wrażeń nie mam nigdy przy maszynie do szycia, bo ilekroć zacznę myśleć o czymś innym niż szycie, to zaraz popełniam jakiś błąd. To nie myślę.

Zawsze padają pytania: jak długo to szyłaś? Nie wiem dokładnie. Kilkadziesiąt godzin. Nie włączałam stopera, poza próbami. Sprawdziłam wtedy jaką powierzchnię wyhaftuję w ciągu godziny. Chciałam przekonać się, że projekt da się skończyć w jakimś sensownym czasie, że nie porywam się z motyką na słońce.

Czy powtórzę? Oczywiście! Teraz uszyję coś dla siebie. Tkaniny już czekają, pomysły też. I jeszcze stare ubrania, które fantastycznie nadają się do rewitalizacji w ten unikalny sposób.
Lubię ten wieczorny czas, gdy po różnych obowiązkach, chociaż na parę minut biorę taką ręczną robotę i uszyję chociaż parę ściegów.

Jeżeli chciałybyście nauczyć się tak szyć, to serdecznie zapraszam Was na szkolenie z aplikacji odwróconej w Szkole Patchworku. Najbliższe już za dwa tygodnie.






poniedziałek, 18 września 2017

Ryby z kursu z Ulą Buczkowską

Od kilku lat prowadzę Szkołę Patchworku. W ramach działalności szkoły prowadziłam blog. Coraz częściej informacje, które Wam przekazywałam na blogu, umieszczam na stronie www szkoły albo na Facebooku.
Przyszedł czas, żeby zakończyć siedmioletnie działanie bloga szkoły.
Gdy w szkole będą się działy fajne rzeczy, obiecuję, że napiszę tutaj.

Tak było dzisiaj. Ula Buczkowska prowadziła kurs z cyklu "Tajemnice warsztatu". Dziewczyny uszyły piękne ryby. Muszę, po prostu muszę pochwalić się nimi.







wtorek, 5 września 2017

Mrówka znowu na łące

Mrówka na dobre zadomowiła się na łące. To już jej kolejna odsłona. Dziś trafiła do właścicielki w Krakowie. Spodobała się i nie wraca do mnie, więc mogę o niej trochę napisać.


Pierwsza wersja "Mrówki odpoczywającej na łące" powstała już prawie rok temu. Więcej o niej przeczytacie tutaj. Zawisła nad kominkiem w siedzibie stowarzyszenia Unicorn, które wspiera ludzi chorych na raka i ich rodziny.
Tam zobaczyła ją pani Ania i poprosiła mnie o podobną. Bardzo się ucieszyłam, że będę ją szyć jeszcze raz. To projekt dający dużo swobody, którą tak sobie cenię w szyciu patchworków. Oczywiście zawsze obraz wygląda trochę inaczej, i oczywiście zawsze jest trochę emocji, czy się spodoba. Na szczęście wszystko poszło dobrze.

Ciekawa jestem czy kiedyś znowu spotkam się z kolejną odpoczywającą mrówką?






Obraz ma wymiar 90 x 90 cm i jest uszyty techniką konfetti.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Rumianki ze starej ryciny

Już dawno niczego nie napisałam na blogu, ale to nie znaczy, że nic się u mnie nie dzieje. Dzieje się nawet za dużo. Od lipca Szkoła Patchworku działa w lokalu "Warszawa Szyje". Kto się przeprowadzał, ten wie, że to spore zamieszanie.

W przerwach między pakowaniem i rozpakowywaniem trochę szyję.
To, co dzisiaj chcę Wam pokazać uszyłam już dwa razy. Ale wcześniej "poznałam" brytyjskiego botanika Johna Edwarda Sowerby, żyjącego w XIX wieku. Tak o nim pisze Wikipedia.
Zachwyciły mnie jego ilustracje - zielniki. A zwłaszcza ta z rumiankami.
Miałam kiedyś zeszyt z zasuszonymi kwiatkami. Przepadł gdzieś podczas kolejnych przeprowadzek, ale sentyment pozostał.

Tak wyglądają moje uszyte rumianki.


A to pierwowzór autorstwa Johna Sowerby.

Parę szczegółów:






Rozmiar tego obrazka to 40 x 50 cm.

To już drugie moje podejście do szycia tej grafiki. Pierwsze rumianki uszyłam pod koniec lutego. Były wielkości A4. Piszę "były", bo gdzieś przepadły. Może tkwią na dnie jakiegoś przeprowadzkowego pudła?
Tak wyglądały. Zdjęcie robione telefonem w nocy. Jedyne jakie mam.


Wciągnął mnie ten przyrodniczy temat. Kupiłam trzy fantastyczne książki.


Razem około 1400 stron starych rycin z kwiatami i warzywami. Będzie się działo.


piątek, 7 lipca 2017

Jesiennie

Podobne bukiety szyłyśmy razem z Bożeną Wojtaszek półtora roku temu.
Opisałam to w tym poście.
Teraz powstał trochę mniejszy, jesienny bukiet, ale dalej wzorowany na bukiecie sfotografowanym przez Basię Pieczyńską.
Podobnie jak maki z poprzedniego wpisu ma wymiary 40 x 50 cm. Jest też uszyty techniką konfetti. I ma taką samą lamówkę. To tak na wszelki wypadek. Może będą kiedyś wisieć obok siebie? Na razie zamieszkały w tym samym mieście :).